Przeklęty wirus zbiera żniwo również wśród wielkich świata jazzu. Odszedł Lee Konitz. Ostatni z muzyków którzy brali udział w sesji „Birth of the Cool” – Milesa Davisa …. choć Konitz twierdził, że Miles był tylko jednym z muzyków sesyjnych. Oto fragment wywiadu opublikowany w JAZZ FORUM 6/2006 . Krystian Brodacki – autor wywiadu zadał Konitzowi takie pytanie: Jako bardzo młody człowiek uczestniczył Pan w trzech słynnych sesjach, których owocem była płyta „The Birth Of The Cool”. Na okładce Miles Davis figuruje jako lider. A więc był postacią dominującą? A to zaskakująca odpowiedź: LK: Wcale nie. Był po prostu sidemanem, jak inni. Nie był jeszcze wtedy tak znany, jak później. Po prostu zainteresował go pomysł, którego autorem był chyba Gil Evans. I zachwyciły go aranżacje Johna Carisiego, Johna Lewisa, George’a Russella, Gila. Powtórzę to, co mówiłem już wiele razy: rzeczywiście, to był bardzo interesujący projekt, a być jego uczestnikiem wiele dla mnie znaczyło. Ale to zarazem tylko pewien przykład zespołu kameralnego. A zespoły kameralne grają z zasady muzykę zapisaną w nutach. Natomiast w jazzie na pierwszym miejscu jest improwizacja. Tytuł płyty brzmi „Narodziny coolu” – to błąd! Za pierwszych reprezentantów stylu cool jazz uważam Bixa Beiderbecke’a, Frankie’ego Trumbauera, Lestera Younga i Lennie’ego Tristano! „Birth Of The Cool” to tylko dobry, nośny tytuł!”
Lee Konitz zmarł w szpitalu w Nowym Jorku, maił potwierdzone zakażenie covid
19. Dożył sędziwego wieku – 92 lat. Pochodził z rodziny żydowskiej, której
korzeni trzeba szukać na terenie dzisiejsze Ukrainy i Austrii. Słuchając
Goodmana zakochał się w klarnecie. Pierwszy instrument dosłał mając 11 lat. Potem
przeszedł na saksofon tenorowy a wreszcie altowy. Zawodową karierę zaczął jako
osiemnastolatek. Grał z takimi legendami jak Charlie Parker, Gil Evans, Charles
Mingus i całą plejadą innych gwiazd jazzu. Jego dyskografia liczy ponad 200
tytułów. Bywał w Polsce, na Dolnym śląsku miał domek letniskowy – niedaleko miejsca
urodzin jego żony – Niemki. Chętnie współpracował z polskimi muzykami – jak choćby
z Joachimem Menclem. W roku 2015 był przewodniczącym jury konkursy Jazz Nad
Odrą.
Pożegnamy go dziś dwoma nagraniami:
”The Daffodil's Smile” z płyty "An image - Lee Konitz With Strings " z roku 1958, oraz “Somp'm Outa' Nothin” z płyty Lee Konitz meets Jimmy Guiffre” – z udziałem Billa Evansa – z roku 1959.
Oto zapowiedź kolejnej nowości płytowej, która jak na razie będzie miała miejsce tylko w necie. ESKAUBEI - raper, który na dobre zadomowił się w środowisku jazzowym przedstawia swój kolejny band - Subcarpathians. Przypomnijmy, że współpracuje on również w zespołem Tomasz Nowak Quartet - z którym nagrał już 3 płyty, oraz z Vitoldem Rekiem w ramach zespołu Sophia Grand Club - wydana jedna płyta i Vitold Rek
& the Spark - tu na razie tylko działania koncertowe.
Posłuchajmy co o Subcarpathians opowie ESKAUBEI:
Album można odsłuchać pod adresem:
oraz nabyć w wersji cyfrowej:
Płytę promuję klip autorstwa Kuby Kowalskiego z
Fundacji Rzeszowskiej do utworu "Dobranoc".
Nie należę do entuzjastów sztuki Kurta Elinga. Doceniam oczywiście perfekcję techniczną, ale nie lubię tego rodzaju głosów, typowo amerykańskich. Eling podąża ścieżką Sinatry, Crosbiego osiągając doskonałość w swoim stylu. Nie dotyka on jednak mojej duszy, bo ja odbieram muzykę przede wszystkim emocjami. Eling moich nie uruchamia. Jednakże jego nowa płyta „Secrets Are The Best Stories” przełamuje trosze lody pomiędzy nami.
Dlaczego? Sam się nad tym zastanawiam. Bo właściwie nie mamy tu zmiany stylu. Może dlatego, że druga gwiazdą jest tu znakomity pianista Danilo Perez, którego grę zawsze bardzo lubiłem.
Jak zwykle
u Elinga widzę priorytet tekstu nad melodią. Muzyka podąża za tekstem budując
pogięte i nienaturalne melodie, jednakże Eling – oczywiście dzięki perfekcji
technicznej znakomicie te linie prowadzi. Z pewnością w wykonaniu większości wykonawców
mielibyśmy tu raczej melorecytację. Eling zdecydowanie śpiewa. Bardzo
interesujące są nadbudowy harmoniczne w postaci chórków śpiewanych oczywiście w
całości przez Elinga. Warto zwrócić uwagę, że bardzo dużo do tkanki muzycznej
wnoszą instrumenty perkusyjne które uzupełniają standardowe partie perkusji,
zdecydowanie dodając ruchu, ożywiając całość.
Płytę promuje oficjalny teledysk, nakręcony do najbardziej "eksperymentalnego" utworu z płyty -
„Song of the Rio Grande” i jednocześnie najbardziej politycznego, choć właściwie cała płyta jest polityczna. Traktuje o dylematach współczesnej Ameryki, o rasizmie który szczególnie uwidacznia się teraz przy południowej, meksykańskiej granicy, o emigracji, o zmianach klimatu. Znamienna jest fraza pojawiająca się przy końcu utworu - „America, you’ve lost your heart / America, you’ve
lost your mind”. Muzycznie ten utwór brzmi inaczej od innych na płycie - spreparowamy fortepian podaje ostainatowe motywy rytmiczno-melodyczne nakadające się na siebie budujące ruchliwą tkankę na tle której Elin pdodaje takst. Obejżyjsie teledysk. Robi wrazęnie - przekazem. Dużo elementów podprogowych - na początku wydjae mi się że widze kądkę płyty Brucea Springsteena - "Born in the USA", miga sylwetka Trumpa - zawsze w zestawieniu z komiczną postacia z kreskówki. Rio Grande - wielka rzeka i ... wielki cmentarz. Taaaak są emocje! Coś się w mojej duszy odezwało! Już wiem dlaczego ta płyta mi się podoba. Po raz pierwszy w życiu mogę z czytsym sumieniem polecić Wam do połśuchania nowa pytę Kurta Elinga!
Hildegunn Øiseth jest jedną z najbardziej oryginalnych "trębaczy" w Skandynawii. Powinienem napisać trębaczek, ale taki zbór sam w sobie
nie jest chyba za duży. W Polsce raczej nie znana, choć przecież debiutantką nie
jest. Pięćdziesiątka stuknęła jej już kilka lat temu. Karierę solową zaczęła
stosunkowo niedawno. Pierwsza płyta firmowana jej nazwiskiem ukazała się bowiem
dopiero w roku 2009. Hildegunn gra na trąbce, ale także, a może nawet przede wszystkim, bo to czyni ją jedyną w swoim rodzaju – gra na kozim rogu
Na początki kwietnia ukazał się jej najnowsza płyta "Manana".
Płytę promuję wideo do urokliwego i pastelowego utworu tytułowego.
TWOIAM to
zespół tworzony przez wokalistkę Barbarę Błaszczyk oraz pianistę Przemysława
Pankiewicza. Basia jest absolwentką Instytutu Jazzu Akademii Muzycznej im.
Karola Szymanowskiego w Katowicach, poza śpiewem, komponuje i pisze teksty. Przemysław
studiuje na tym samym wydziale. Ma za sobą także studia muzyczne w Rotterdamie.
Jest kompozytorem, aranżerem i producentem muzycznym. Prowadzi także zespół
Bokeh Acoustic Trio. Płyta o tytule „Land Art” zwiera autorskie kompozycje. Niektóre
noszą ślady inspiracji folklorem. Płytę otwiera piosenka zaśpiewana po polsku,
ale mam też utwory z tekstem angielskim, czy z głosem traktowanym jak
instrument.
Płytę promuje video nakręcone do utworu „Melodia”.
Barbara Błaszczyk - wokal
Przemysław Pankiewicz - fortepian, fender rhodes, sytezator
Na zakończenie przypomnę, że Basia Błaszczyk swój debiut fonograficzny zaliczyła biorąc udział jako jedna z dwóch wokalistek w ostatniej jak do tej pory sesji nagraniowej mojego zespołu The Intuition Orchestra - Case of Surprise". Jakże inna to była muzyka w porównaniu z tą zespołu TWOIAM, ale też ładna :)







Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.